Dzisiejszy post napisałam już w trakcie drogi powrotnej z Paryża bojąc się, ze mi uciekną myśli. Okazuje się, że gubię je równie łatwo jak czapki i rękawiczki. Dodam, że wbrew panującemu powszechnie przekonaniu pisanie na kolanie bywa  owocne.

Postawiłam sobie pytanie, które nurtuje mnie w każdej podróży:

czym mnie tym razem zaskoczy dane misto i zapisze sie na dłużej?
Pozwólcie, że podzielę się z Wami odpowiedzią. Miłej lektury.

  •  ludzie: pomijając dwie sytuacje, w których panie: kelnerka i kasjerka były tak nieprzyjemne, że cieszyłam się z nieznajomości tego jezyka miłości, muszę przyznać, że Paryż miłym ludźmi stoi. Nasza gospodyni (koleżanka Francuzka) mimo nieprzyzwoicie póznej pory przywitała nas świeżo upieczonym ciastem, chłopak w kolejce na poczcie tłumaczył nam, jak poprosić o sześć znaczków, a  szalenie miła pani o szóstej rano w metrze przepuściła nas przez bramkę (gdy okazało się, że była to inna strefa, a my bylyśmy bez biletu i w drodze na lotnisko)
  • kawiarnie: jak Europa długa i szeroka, paryskie kawiarnie cieszą się niezmienną famą. W mojej perspektywie były ładne, przyciągające oko, lecz nie wywołały szybszego bicia serca. No może oprócz rachunku na 5 euro za 200 militrów napoju pretendującego do bycia kawą z mlekiem

 

wp-1480278062346.jpg
slynna kawiarnia z ´´Amelii´´

 

  • ubiór: lecąc do stolicy mody (przynamniej tak opisywanej w poprzednim stuleciu) nie mogłam powstrzymać się od rzucania ukradkowych spojrzeń napotkanym paryżankom. Doszłam do wniosku, że, w porównaniu z Włochami, jest widoczna różnica stylu: u kobiet królują krótkie spódniczki, wyeksponowane nogi, balerinki (mimo listopadowych chłodów), u mężczyzn charakterystyczne szaliki i dobrze dobrane buty. Fashion victims na miarę klapek Kuboty nie dostrzegłam, ale też znalezienie osoby, która odpowiadałaby opisowi “klasycznej Francuzki / Francuza”‘ zajęło mi trochę czasu.
  • wieża Eiffla: dla jednych uosobienie Paryża, pierwszy nabyty suwenir i marzenie o stu lajkach na Fejsbuku, dla innych po prostu europejska konstrukcja industrialna warta kupna pocztówki. Rzecz, której się nie spodziewałam, to jej figura zarysowująca się na horyzoncie gdziekolwiek się nie trafi: nasze guilty pleasure wyjazdu polegało na obfotografowywaniu jej z każdego zakątka, do którego dotarłyśmy

     

  •  wielokulturowość: stały bywalec polskiej rzeczywistości (zasadniczo jednolitej) może  dostac le
    wp-1480277679698.jpg
    nagrywanie romantycznych scen pod Notre Dame

    kkiego ataku paniki na widok tak wysokiego stężenia narodowości różnej maści: w kawiarni rozmawiałyśmy z Argentyńczykami i Meksykanami, w tłumie słyszałam hiszpański, na ulicy grupa Azjatów bez opamiętania uwieczniała Luwr. Przypomniała mi się francuska komedia “Za jakie grzechy, dobry Boże”, którego bohaterkami są cztery siostry, a wlaściwie ich mężczyźni różnych narodowości, co przy każdorazowej prezentacji zbliża konserwatywnych rodziców do zawału serca. Film potraktowałam jako dobrą rozrywkę sobotniej nocy, ale po wizycie w Paryżu stwierdzam, że ma on jednak swoje odbicie w rzeczywistości.

  • metro: nazywane po francusku “Metropolitana” zdziwiło mnie nie raz. Już nazwa bliska sercu, bo wymowa nie zabija od razu motywacji do nauki języka miłości. Pierwsze napotkane wejście zachwyciło, więc rzuciłam się do robienia zdjęć. Podniecenie lekko odpadło, gdy charakterystyczne elementy dostrzegłam nastepnie n-razy, ale ostatecznie przerodziło się w cichą miłość. Połączenie użyteczności ze sztuką nawet do mnie, laika, przemawia. Nie daje o sobie zapomnieć potencjalne niebezpieczeństwo w postaci zabudowanych grubymi szybami peronów. Otwierają się automatycznie z otwarciem drzwi pojazdu metra. (poczułam, że odebrali Francuzom ten dreszczyk przechodzenia przed nosem nadjeżdżajacego pociągu, jak to się czasem robi u nas )wp-1480277546910.jpg
  • zaskakująco tani lot: jeżeli by wierzyć, w to, co świat sprzedawców nam oferuje, dziś za 20zł poleciałabym w tą i z powrotem do Norwegii, za 100zł wyglądała jak Julia Roberts, za 500zł mówiła płynnie po hiszpańsku, a za 1000zł dorobiła się fortuny. Do Norwegii nie doleciałam, wyglądem bliżej mi do Sandry Bullock, więc temat mnie nie dotyczy, hiszpańskiego nauczyłam się bawiąc trójkę andaluzyjskich brzdąców, a fortunę to wydaję, zamiast zarabiać. Także nie wierzcie, gdy niebiesko żółty przewoźnik oferuje Wam lot do Paryża za grosze albo najpierw sprawdźcie, czy lotnisko nie jest położone 100km od centrum, a najtańszy autobus, by tam dotrzeć, kosztuje więcej, niż bilet lotniczy-Zuzia-

Advertisements