Spojrzałam na psa. Z intensywnością godną Sherlocka próbował odnaleźć ślad suczki. Głupio mi było tak po prostu pociągnąć za smycz. Stałam więc nad jeziorem i gapiłam się w parującą wodę. Myśli jak ubrania w pralce swobodnie wirowały.

 Szukałam wspólnego mianownika dla parku, psa, kaczki, która pojawiła się nagle na tafli jeziora i marznących mi, mimo rękawiczek, dłoni.

Pies nagle zmienił obrany kierunek działania: przestał wąhać i gwałtownie pociągnął mnie w drugą stronę, a że było poniżej zera, to farmerskiej rangi kalosze wykonały prawidłowo swoją pracę. Gdy epicko poślizgnęłam się i znalazłam na ziemi, ku mojej pohamowanej radości znalazłam wreszcie wspólny mianownik: pokrytą szronem rzeczywistość. Odechciało mi się myślenia. Kroki same skierowały się ku najbliższej kawiarni.

Ph.Zuzia
Padwa, 12/2016
Advertisements