Pościel jak zbroja nie dopuszcza powietrza do skóry, która paruje od nadmiaru ciepła. Leżę.

Kończyny, niczym w teatrze kukiełkowym, czekają na decyzję maestro: lewa noga, rozkaz, góra,dobrze, a teraz lekko, smukle, na prawo z równoczesnym ruchem całego ciała. Obracam się na drugi bok powodując lekkie stęknięcie starego materaca. Nie trzeba dużo wysiłku, by zapamiętać topografię łóżka: wgniecenia, odkształcenia, kiepskie sprężyny. Spoglądam na cyferblat zegara stojącego nieopodal łóżka. A niech to diabli, już po trzeciej. Czuję wilgotność zmęczonego policzka: dotykam, a to łza. Zaplątała się biedaczyna w gąszczu emocji. Sama już nie wiem, czy jestem bardziej zła, czy zmęczona. Przecieram powieki i wyczuwam malutkie drobinki bezsenności na ich powierzchni. Wdech, wydech, wdech, wydech. Próbuję ćwiczeń polecanych w czytanym miesięczniku. Na nic. Wiem, że za chwilę będę musiała zmienić strategię, ale na razie ciągle wierzę, że udobrucham swoje ciało kilkoma sztuczkami.

Wysuwam stopę spod ciepłej kołdry. Zmiana temperatury powoduje, że skóra wibruje, orzeźwiający chłód płytek przyspiesza moje kroki w kierunku kuchni. Nie zapalam światła, ręka intuicyjnie odnajduje szklankę, odgłos otwarcia lodówki, jej ciepłe światło pada na moją twarz, mrużę zaskoczone oczy i czym prędzej chwytam po karton. Mleko lekkim strumieniem ląduje w szklance, szybko chowam karton, zapominając o jego zakręceniu.

4:47, mleko nie pomogło. Domyśliłam się, że tak będzie, poznałam po unoszącej się od nadmiaru emocji klatce piersiowej.

5:30 Poczułam, że zasypiam. Tryumfalny uśmiech na twarzy, mięśnie powoli się rozluźniają.

6:45 Chyba miałam lekki sen, bo budzę się od odgłosu muzyki. Brzmi znajomo. Cholera. To mój budzik.

Advertisements