Postaci: ja, Jan, Inés, aktorzy x3, dziewczyny w białych koszulach na scenie
Czas: chłodny styczniowy wieczór
Miejsce: Centro Culturale San Gaetano, Padwa

. . . .

Scena 1

Siedzę w wygodnym miękkim fotelu koloru niebieskiego, którymi wypełniona jest sala. Obok mnie Jan, kolega holenderskiej narodowości. Jesteśmy spokojni, wyluzowani jak tylko niedziela wieczór na to pozwala. Patrzę na ciepły odcień żółtych reflektorów, wzrok punkt po punkcie  przesuwa się po elementach scenografii. Teatr, aktorzy, gra, sztuka, komedia, tragedia, sonety, poematy, antrakty. Worek ze skojarzeniami, jak puszka Pandory, właśnie się otworzył. Mądry cytat “życie to teatr” przychodzi mi do głowy. Hmm, to jednak cliché .

Czyli że

Czyli że ja

Czyli że ja jestem

Czyli że ja jestem częścią

Czyli że ja jestem częścią tego

Czyli że ja jestem częścią tego przedstawienia?

Źrenice się rozszerzają ze zdziwienia. Właśnie upłynęło pięć sekund z życia.

. . .

Antrakt.

. . . .

Scena 2
Światła są przygaszone, Jan obraca się w moim kierunku, zagaja rozmowę:

-So, Zuz, do you think it is gonna be long?
– What, the performance you mean? I don`t know Jan, probably not less than 2hours
-Gosh, it is already 21:15
– I know…
-Well, you will be translating, “C1 girl”
-What?!
– Well, I don’t think I’m gonna understand everything….
-C’mon, Jan,  why not? Your English is pretty good.
– It is in Italian, the play
– In Italian?!?!? Not in English?

wp-1485199884427.jpg

Scena 3
Włoskim aktorom na scenie asystują dziewczyny z zagranicy m.in. niemieckiej i hiszpańskiej narodowości. Aktorzy. Gruby, Niski, Przystojny. Nadajemy z Janem im imiona, ludzka potrzeba nazywania rzeczy nie zostawia miejsca na ekscytację Nieznanym.

Jeśli nazywa się rzeczy po imieniu, to się materializują i już nie można ich ignorować, jeśli natomiast pozostają w sferze słów niewypowiedzianych, z biegiem czasu mogą same się ulotnić.

Dom duchów

-The fat guy is really good*

(*ten gruby jest naprawdę dobry)
Jan chyba czyta mi w myślach. Przychylam lekko głowę w jego stronę, odwzajemniam uśmiech.

Scena 4
Sala wybucha śmiechem. Romeo, czemuż że jesteś mój Romeo. Żółta peruka imitująca włosy Julii fascynuje swoją brzydotą, nie mogę oderwać od niej wzroku. Romeo, czemuż ze jesteś mój Romeo. Julia w wydaniu grubego aktora nie traci animuszu. Myślę, że Szekspir dobrze to wymyślił: krótka była ta miłość, niepopsuta oczekiwaniami. On nie leżał na kanapie z pilotem w ręce,  ona nie zdążyła wystąpić z listą #RzeczydoDoZrobienia w trakcie ich wspólnej przyszłości. Nie było na to czasu. Nie było czasu na szukanie nowego formatu, obiadu u rodziców, jej focha czy jego piwa z kumplami.

Nagle pojawia się prośba ze strony aktorów, żeby publiczność wykrzykiwała frazy wypisane na banerach. Banery, jak w prawdziwym reality show, trzymane są w rękach hostess. Jakieś nie telewizyjne one. Dziewczyny bez biustów, bez spódniczek mini, bez epatowania seksualnością, w skromnych białych koszulach. Koszule, white collars, przychodzą mi do głowy skojarzenia ze współczesnym światem pracowniczym.
“Mój zegar biologiczny bije tic- tac, chcę dziecko natychmiast” głosi napis na banerze. Hostessa, niczym współczesna Julia, wyemancypowana, w białej koszuli, czerwonej szmince, niezależna. Nie-zależna. Zależna, bo jednak “chce”, bo współczesny Romeo potrzebuje banera, a nie liścika na tłoczonym papierze.
Widzę ją, Hiszpankę, tam na scenie. Znajoma twarz, nieznajome zachowanie, baner w kolorze oczekiwań. Zgubiłam wątek.

wp-1485199868974.jpg
ja i Ines, po spektaklu

Scena 5

Sprawdzam telefon, mimo że dobrze się bawię, gonię się w głowie za to uzależnienie. Krótki moment przedłuża się, bo widzę czerwone powiadomienie u góry zielonego znaczka znajomej aplikacji. Ciekawość wygrywa, muskam palcem po powierzchni, otwiera się czat, a tam wiadomość miłej treści. Szybsze bicie serca.
Szkoda.

Taka szkoda.

Taka szkoda, że

Taka szkoda, że znowu

Taka szkoda, że znowu zapomniałam

Taka szkoda, że znowu zapomniałam, że miałam

Taka szkoda, że znowu zapomniałam, ze miałam oglądać

Taka szkoda, że znowu zapomniałam, ze miałam oglądać przedstawienie.

Jan, siedzący po mojej lewej stronie wymrukuje “Jesus Christ“. Wywoływanie Boga ma w jego przypadku znaczenie dość symboliczne, bo przecież jest niewierzący.

Scena 6

Buuuuuum. Huk.  Masywne ciało uderza o drewnianą podłogę, mimowolnie wstrzymuję oddech, przesuwam się na siedzeniu, by lepiej widzieć, jak gruby aktor upada.  Holender po mojej lewej stronie unosi rękę, patrzę jak przesuwa dłonią po głowie, pewnie nawet o tym nie myśli, ale za tym kryje się nadmiar emocji, ciało, ciało, które upada, wydaje odgłos. Nie podoba mi się, chcę wyjść, kliknąć w ikonę “Zamknij” lub chociaż “Pauza”, ale nie, nie mogę, nie mogę, to jest teatr, tu się nie łamie zasad. To nie jest zabawne, to nie jest zabwne, że masywne ciało uderza o drewnianą podłogę.

Scena 7

Jest i ona, bohaterka wieczoru. Blond dziewczyna w koczku. “Look at her, it is Inés”. Jan lekko się ożywia, nie ukrywa zadowolenia. Do mnie jeszcze nie dociera, że to ta sama Inés, z którą czasem jedziemy razem na rowerze i opowiadamy sobie codzienne głupoty, ta sama Inés, z którą muszę sprzątać mieszkanie i która dziwnym trafem zna się na czytaniu map. Nie, tamta blond dziewczyna w koczku to nie jest Inés. To jest Postać. Inés tylko użycza jej trochę siebie.

Scena 8

Głupie, że nie można robić zdjęć. Obracam się wokół. Nikomu jeszcze nie przyszło do głowy złamać zasad. Nie zastanawiam się za długo, trącam owalną torebkę obcasem, telefon delikatnie wypada na podłogę, schylam się bezgłośnie, sięgam po niego. Aplikacja Aparat, klik, wyostrzam, ujęcie. “Jesus, what are you doin‘?!”. Jan obok mnie obrusza się na widok trzymanego w ręce telefonu. Uśmiecham się do niego chcąc go lekko uspokoić. Nie tracę jednak z oczu celu.  “Give me yours, honey, mine is not working well“. (*Podaj mi swój, bo mój kiepsko działa). Jan w milczeniu sięga po swój model spod znaczka jabłka, nic już nie mówi, jest za dobrze wychowany, by mnie skrytykować. “Inés wouldn’t like it, you know” (*Inés by się to nie spodobało). Siega po świetny argument, w końcu to nasza wspólna przyjaciółka. “Don’t worry, she is on the stage so probably now is not gonna come here to stop me“, (*Nie martw się, ona jest na scenie, więc nie sądzę żeby miała teraz tu przyjść i mnie powstrzymać). odpowiadam. Zadowolona z ujęcia, wbijam się ponownie w fotel.

Antrakt

. . . . . .

Scena 9

Odgłos sera przywierającego do powierzchni patelni, zmęczenie o zapachu pizzy jedzonej o pierwszej w nocy, umieram z głodu, wymrukuje Inés, stół przytrzymujący jej głowę, by nie upadła. Nie rozumiem, czy dziwny spektakl był wart tej późnej pory, tego  zmęczenia o smaku pizzy,  jutro muszę wstać wcześnie, wiesz Inés, mowię, ale czuję, że ona jest w innym świecie, przykrywam więc tylko  zmęczenie delikatnym uśmiechem, gryzę suchy kawałek pizzy.

. . . .

“The world is a stage, but a play is badly cast”

O.Wilde

 

-Zuzia-

Advertisements