Wstaję. Ociężałe ciało wlocze się do łazienki, której niebieskie płytki przypominają zeszłoroczne wakacje nad Bałtykiem. Ramię mam zdrętwiałe, pewnie znowu spałam na boku. Szum wody z kranu, chodzący w tle wentylator i ptak próbujący przebić się przez hałas przejeżdżających samochodów. Coś chrubocze. Wychylam głowę  z łazienki  i nasłuchuję. W zasadzie, nie coś, ale ktoś, przynajmniej do takich dochodzę wniosków po dwóch sekundach dochodzenia. Zdziwienie, a zaraz obok lekki strach postanawia zagnieździć się w mojej głowie. A jeszcze krótką chwilę temu byłam przekonana, że to tylko odgłos  z wyobraźni. Zwabiona ciekawością podszytą strachem, wychodzę. Po brodzie zaczyna ściekać piana, a niech to ! Zapomniałam o szczoteczce w ustach, o której obecności przypomniało mi się na widok gigantycznej plamy w kolorze brudnej zieleni.

Poczułam się dziwnie, skradając na palcach do kuchni własnego mieszkania. Niepokój z tyłu zadziwiająco wpłynął na uniknięcie ruchów słonia w składzie porcelany, niegramotnych i hałaśliwych. Przystanęłam, próbując namierzyć źródło dziwnego chrobotania. W tym momencie przyszło mi do głowy, że to może być tylko przesłyszenie, kto wie, co wczesna godzina robi z ludźmi. Uspokojona, wzięłam do ręki szklankę, by nalać sobie mleka. O tak, sposoby domowe, czy też „babciowe”, ale działają.  W tym momencie chrobotanie się powtórzyło. Moment trwało, zanim dotarło do mnie, że biała ciecz elegancko ścieka z  blatu. Wzięłam ścierkę leżącą nieopodal i sprzątając powstałe pobojowisko zapomniałam o chrobotaniu. Mam drania! Wymsknęło mi się na głos chwilę potem.  Chrobotanie nie chrobotanie, przyszło mi do głowy, gdy okazało się, że dźwięk wydawany był przez owad uwięziony w chlebaku. Parsknęłam ze śmiechu. Kolana zadrgały,  a za nimi całe ciało.  Nie byłam  do końca pewna czy z głupoty czy z niewytłumaczalnej ulgi. Fuck it. Kawa.

Advertisements